Obserwował błękitne niebo za oknem. Jakie ono
było piękne. Pełne życia. Całkowite
przeciwieństwo jego samego. Zobaczył, jak ptaki delikatnie poruszają skrzydłami
i zmierzają tylko w im znanym kierunku. Były wolne, a on był zamknięty w
klatce. Chciał się wyrwać. Chciał być wolny. Po prostu chciał być szczęśliwy, a
ten dom nie pozwalał mu na to. Zamknął oczy i odetchnął głęboko. Wyszedł na
zewnątrz. Zaczerpnął świeżego powietrza. Umierał. Czuł to, chociaż nic mu nie
było. Czuł, że dłużej nie pociągnie tego wszystkiego. Poszedł w dobrze sobie
znane miejsce. Gdy stanął przed płytą, jego twarz ani drgnęła, ale z oczu
zaczęły gęsto płynąć mu łzy, zwilżając blade policzki chłopaka, aby następnie
cicho spaść na ziemie i pozostawić na niej swój ślad przez parę sekund. Zawsze,
gdy tu przychodził płakał. Tak po prostu. Nie mógł tego powstrzymać. Minęło
dwanaście długich lat odkąd jej zabrakło. Odwrócił się. Chudym nadgarstkiem
wytarł policzki. Krok po kroku wracał skąd przybył. Wszedł do jakże znanego
sobie budynku. Zmierzał w kierunku swojego miejsca w nim. Położył się na łóżku.
Od długich lat o niczym innym nie myślał jak tylko o tym, by zamknąć swoje oczy
i już nigdy ich nie otworzyć. Pragnął tego, bo wiedział, że nie mógł być wolny
i tym samym szczęśliwy. Znowu wstał. Chciał się wrócić, ale jego nogi odmawiały
mu posłuszeństwa.
Umierał.
Nie mógł zrobić kroku. Był osłabiony, chory.
Umierał.
Nie tylko fizycznie był sponiewierany przez te wszystkie wydarzenia, ale psychika też na tym oberwała. Mocno. Nie miał przyjaciół. To tylko pogarszało sprawę. Wiecznie sam.
Bolało.
Dlaczego jej zabrakło? Dlaczego obroniła człowieka, którego nienawidziła? Dlaczego?
Bolało jak cholera.
Znowu padł na łóżko. Zasnął. Znowu ten sam sen. Ciemny pokój. Nic nie mógł zrobić. Krzyki. Ból. Płakał. Krzyczał, żeby przestali. Był bezradny. Słaby. "Przecież był tylko dzieckiem" ta wymówka już nie działała. Żadna nie działała. Po prostu był słaby.
Bezradność.
Znów to widział. Po raz tysięczny. Zasłoniła tak parszywego człowieka swoim ciałem.
Ból.
Strach.
Bezradność.
Smutek.
Te uczucia nie odstępowały go na krok. Co noc ten sam sen, a raczej koszmar.
Nienawidził go.
Nienawidził jej za to, co zrobiła.
Opuściła go.
On na prawdę jej potrzebował.
A ona odeszła na zawsze.
Zostawiła go samego.
Na ZAWSZE.
Umierał.
Nie mógł zrobić kroku. Był osłabiony, chory.
Umierał.
Nie tylko fizycznie był sponiewierany przez te wszystkie wydarzenia, ale psychika też na tym oberwała. Mocno. Nie miał przyjaciół. To tylko pogarszało sprawę. Wiecznie sam.
Bolało.
Dlaczego jej zabrakło? Dlaczego obroniła człowieka, którego nienawidziła? Dlaczego?
Bolało jak cholera.
Znowu padł na łóżko. Zasnął. Znowu ten sam sen. Ciemny pokój. Nic nie mógł zrobić. Krzyki. Ból. Płakał. Krzyczał, żeby przestali. Był bezradny. Słaby. "Przecież był tylko dzieckiem" ta wymówka już nie działała. Żadna nie działała. Po prostu był słaby.
Bezradność.
Znów to widział. Po raz tysięczny. Zasłoniła tak parszywego człowieka swoim ciałem.
Ból.
Strach.
Bezradność.
Smutek.
Te uczucia nie odstępowały go na krok. Co noc ten sam sen, a raczej koszmar.
Nienawidził go.
Nienawidził jej za to, co zrobiła.
Opuściła go.
On na prawdę jej potrzebował.
A ona odeszła na zawsze.
Zostawiła go samego.
Na ZAWSZE.
Fajnie się zaczyna :) Będę wpadać częściej
OdpowiedzUsuńDziękuję :D
Usuń